10.04.2012

Bez-prawie zwierząt

Głównym dogmatem i myślą przewodnią obrońców praw zwierząt jest... obrona praw zwierząt. Analizując fakty i obserwując przeróżne wydarzenia stwierdzam zaniepokojona, że bojownicy o prawa zwierząt stawiają dobro zwierzęcia na dobrem człowieka, lekceważąc prawa i interesy tego ostatniego. Nowych dróg nie można wybudować, bo na danym terenie hasają długonogie żaby, gniazduje udziwnione ptactwo i inne kolorowe robactwo. Za to można pozwalać na to, żeby TIR-y rozjeżdżały nam dzieci.
Czy zwierzęta mają jakieś prawa?
Czy nie jest tak, że przyznanie praw zwierzętom automatycznie odbiera człowiekowi tytuł najważniejszej istoty na ziemi?
Bo czym są prawa? Z tego, co mi wiadomo, jest to zbiór pewnych przepisów nadanych nam najpierw przez Boga, które później ewoluowały w procesie demokratyzacji krajów bardziej cywilizowanych. Większość praw istnieje w oparciu o pewne umowy społeczne zawiązywane między ludźmi, którzy zdecydowali się je najpierw stworzyć a potem dotrzymywać - głównie po to, żeby się nawzajem szanować i nie uprawiać bezhołowia. Zwierzęta takiej umiejętności nie posiadają. Nie są w stanie uszanować niczyich praw. I choćby z tego powodu nie można mówić o ich prawach.
Żeby ktoś mógł mieć prawa, musi posiadać zdolność do stwierdzenia, że takie prawa mu się należą.
Biblia daje człowiekowi jasny przekaz, mówiący o tym, że Bóg najpierw stworzył człowieka na wzór i podobieństwo swoje, że uczynił go na ziemi istotą wyższą od wszystkich innych stworzeń, dał mu prawo dominacji nad przyrodą, w tym i zwierzętami. Natomiast, jeśli ktoś nie wierzy w Boga i jego Słowo, bo jest ewolucjonistą-darwinistą, to i tak musi uznać fakt, że człowiek jest jedyną na ziemi istotą, która posiada zdolność racjonalnego myślenia, a więc i decydowania w kwestiach zasad mających panować w imię powszechnego dobra.
Czy zwierzęta mają prawo, by je przyzwoicie traktować? Zastanówmy się. Jak zwierzęta zachowują się względem siebie? Potrafią rozszarpać się na kawałki. Człowiek też potrafi, ale to pogwałca ustalone normy współżycia. Wobec człowieka oczekujemy, że poniesie za to karę i w jakiś sposób zadośćuczyni krzywdom uczynionym ofierze. A zwierzęta? Czy one rozróżniają, co jest słuszne a co nie? Czy mamy je karać, tak jak ludzi? Żyją w stanie czystej, instynktownej anarchii nie regulowanej żadnymi prawami i umowami między sobą. Czy krokodyl zada sobie pytanie, zanim uszczknie z czyjegoś uda, czy to będzie dobre? Szlachetne? Słuszne? Krzywdzące? Oczywiście, że nie. Co tam groźny krokodyl. Niech sięgnę bliżej. Mam w domu kota. Mały, figlarny kotek, jednak ze wszelkimi potencjalnymi cechami dużych, niebezpiecznych dzikich kotów. Gdyby pozwolić mu na wszelkie prawa buszu, równie dobrze mogłabym się wyprowadzić z domu. Podobnie jest z psami, które nieujarzmione przez człowieka przejmują cechy dominujące nad domownikami.
A idąc dalej: czy można popierać żądania przyznawania zwierzętom praw i przywilejów w sytuacji, gdy wielu istotom ludzkim prawa te są odmówione?
Czytając niektóre artykuły można wywnioskować, że takie delfiny są najinteligentniejszymi zwierzętami zamieszkującymi naszą planetę. Wynika z nich choćby to, że gdyby ludzie zdołali zrozumieć mowę delfinów staliby się bardziej inteligentni. Mnie coś takiego obraża. Czy ktoś mi pokaże, co te delfiny zbudowały? Co stworzyły dla dobra ogółu? Nie mam nic przeciwko nim, są przyjaznymi i pięknymi zwierzętami. Ale czy są inteligentniejsze od człowieka?
Wiele jest „inteligentnych”, zmyślnych stworzeń, których tzw. życiowa mądrość zapewnia im utrzymanie się przy życiu w najtrudniejszych nawet warunkach. Ale czy od prawdziwej inteligencji nie powinniśmy wymagać jakiegoś działania, jakiegoś aktu tworzenia, myśli która popchnie świat naprzód, w górę i w głąb siebie?
Przypomniałam sobie historię o dwóch birmańskich kotach, które wraz ze swoją właścicielką zajmowały luksusowy apartament. Mieszkały tam do dnia jej śmierci. Za jej życia koty miały się fantastycznie, lepiej niż niejeden człowiek. Miały nawet swojego psychologa, który czuwał nad ich ewentualnymi stresami. Z chwilą gdy ich pani zmarła, większa część jej majątku, w tym również apartament, przypadła w testamencie kotom. Rada Budynku zaprotestowała utrzymując, że kotom przecież nie wolno posiadać mieszkania. Psychoterapeuta, który się kotkami nadal opiekował upierał się jednak, że zamiana mieszkania może doprowadzić koty do „poważnych zaburzeń”.
Komuś chyba coś się pomieszało…
Zwierzęta mają podlegać ochronie, ale nie mają żadnych praw. Określenie przepisów zabraniających okrucieństwa nad zwierzętami nie jest tym samym, co przyznanie im praw. Ludzie sami nadali sobie prawa, by chronić zwierzęta przed okrucieństwem do jakiego, niestety, sami są zdolni. Jednocześnie prawo to nie zabrania nam ich zabijać dla pożywienia.
Ale czy tym samym można powiedzieć, że nie ma czegoś takiego jak prawo zwierzęcia do życia?

09.03.2012

Przypadki Tomasza Płachty. Życie i śmierć socjopaty.

Najnowszą książkę (a zarazem ostatnią część z trylogii o Socjopacie) Daniela Koziarskiego: „Przypadki Tomasza Płachty. Życie i śmierć socjopaty” poleciłabym wszystkim.Chociaż tym, którzy decydują się na podróż samolotem/autobusem/pociągiem/statkiem/innym środkiem lokomocji - najbardziej. Nie jest to żadne dzieło Dana Browna, nie jest to kontrowersyjna biografia Kapuścińskiego, więc szanse na zagajanie rozmowy przez wścibskiego współpasażera są znikome. Gdyby jednak życie zdecydowało inaczej, bo wiadomo - jak to życie - wyjątkowo gustuje w niemiłych niespodziankach i okaże się, że siedzący obok osobnik będzie próbował nas zagadywać, zmuszać do konwersacji, nawiązywać do tematów, którym codziennie przyznajesz, Drogi Czytelniku 0 punktów w skali od 1 do 10 - w zakresie Twojego zainteresowania. Co wtedy robisz? Najczęściej - jak przypuszczam - stosujesz mało wyraziste taktyki asekuracyjne. A po co? - że zapytam w tak mało wyszukany sposób. Po co to całe udawanie, że jest się całkowicie pochłoniętym czytaniem? Po co odburkiwanie monosylabami skrywając w wewnętrznej kieszeni cichą nadzieję, że gaduła w końcu zrozumie swój nietakt? Po co oprawianie okładki w Gazetę Wyborczą czy posuwanie się do kłamstwa, że musimy lekturę przeczytać przed wylądowaniem, ponieważ dwie godziny później odczytujemy na jej temat ważny referat? Patrząc rzeczywistości prosto w facjatę należałoby zadać sobie pytanie: co tak naprawdę chciałabym/chciałbym odpowiedzieć temu bufonowi, który swoim natręctwem nie tylko mnie coraz bardziej irytuje, ale zabiera mój bezcenny czas? Tomasz Płachta, główny bohater książki, o tym co myśli mówi wprost. Nie filtruje, nie destyluje swoich myśli i emocji, by świata przypadkiem nie obrazić. Parafrazując jego słowa wypowiedziane do pasażerki samolotu, kiedy wracał z Londynu do Polski odpowiedziałby naszemu gadule mniej więcej tak: „A pani zasady dobrego wychowania nie obowiązują? Myśli pani, że jak już leci pani samolotem, to wolno pani zaczepiać innych, odrywać ich od ich przynależnego im świętego spokoju? Że pani należy do klasy uprzywilejowanych gawędziarzy? Że skoro nie ma pani nic do roboty, to może pani zawracać dupę wszystkim naokoło, a mi - bo najwidoczniej mam pecha, że posadzono mnie obok pani – najbardziej?” I tak dochodzimy do sedna. Nikt przecież nie rodzi się socjopatą, ale umrzeć jako socjopata może, bo życie – ludzie, których nie wybieramy, a musimy się z nimi stykać; nieprzyjemne wydarzenia, których nie sposób uniknąć, a w których musimy uczestniczyć – jest doskonałym zakładem produkującym socjopatyczne umysły. Pomyślmy szczerze… Ile razy można się miło uśmiechać, potakiwać, przytakiwać, odpowiadać, kiedy nie tylko nie mamy na to ochoty ani nie musimy, ale wręcz mamy ochotę komuś przyłożyć, bo tak bardzo razi nas jego niestosowność i głupota? Bo nagle coś pęka, coś się przelewa, coś przekracza granice i wstrzymywana dotychczas złość, zalegające w nas pociski ironii, złośliwości, sarkazmu, i niekontrolowanej kpiny, a w bardziej podbramkowych sytuacjach wręcz ślepa furia i nieadekwatność sytuacyjna wychodzi nagle na prowadzenie, spychając do defensywy przyjazne odruchy. Większość ludzi rezygnuje z wypowiedzenia tego wszystkiego, co ma w głowie. Bo ma słuszną świadomość, że straci przyjaciół, znajomych, narazi się nie tylko na niezrozumienie, ale na antypatię, jawną niechęć, a nawet wstręt i obrzydzenie. Dlatego zaciskamy zęby. Dlatego – że posunę się aż tak daleko – chorujemy na choroby o nieznanej etiologii. A wracając do głównego bohatera… Jego odmienność, niedopasowanie do świata, a nawet niepoprawność społeczna nie sprawia, że czuje się gorszy od innych. Wręcz przeciwnie. Wnikając w jego psychologiczną matrycę ma się wrażenie, że uważa się za kogoś wyjątkowego. Świeżość, naturalność, bezinteresowna dobroć, co prawda dla niego nie istnieją, on już ich nie widzi i nie łudzi się, że je odnajdzie albo tak bardzo zasklepił się w swojej socjopatycznej naturze, że nie chce dostrzec ukrytych w świecie pereł. Najczarniejsze, najbardziej beznadziejne i groteskowe scenariusze przydarzają się właśnie jemu. Dlaczego? Bo jest pechowcem czy swoim ponurym myśleniem ściąga na siebie wszelkie nieszczęścia? Gdy coś jest złe, w naturalny sposób szuka się przeciwwagi. Tomasz Płachta jednak tego nie robi. W jakiś przewrotny sposób pogrąża się w swym psychopatycznym stanie, prognozując dla siebie najgorsze z możliwych przepowiednie. Życie, a konkretnie współczesne życie w naszym kraju - jak pokazuje Daniel Koziarski - to już nie niewinne, budzące lekki uśmiech politowania absurdziki. To prawdziwe absurdy, które mierzone na kilogramy przekraczają w nieoczekiwanym momencie masę krytyczną uruchamiając całą lawinę zdarzeń. Stąd moja laurka dla autora: Ostatnia część z trylogii o Socjopacie Tomaszu Płachcie jest, moim zdaniem, najlepsza - wnikliwie sportretowany bohater osiągnął wyżyny swojej socjopatycznej natury. Można powiedzieć: w tej części Tomasz jest dojrzałym socjopatą. Bo styl, jakim włada autor stoi na przeciwnym biegunie grafomaństwa. Jeśli nieporadność językowa, emocjonalne rozdygotanie, brak wyczucia dla opisywanej postaci i wartkich zdarzeń ma swój przeciwny biegun, to DK sięgnął jego krańca w sposób znakomity. Bo książka utrzymuje doskonałe tempo. Poza tym jest aktualna, dzisiejsza, niemal wyjęta prosto z pierwszych stron gazet. Bo autor swój tekst buduje z chirurgiczną precyzją, gustując w sentencjonalnych określeniach, gdzie niemal każde zdanie jest strzałem w dziesiątkę, krystalicznym bon motem, który w nieoczekiwanym momencie przełącza nas na niekontrolowany śmiech. Wiem, że nadmiar pochwał może szkodzić, dlatego skończę pisać, zanim na dobre zaczęłam. Nie chciałabym, by tak zachęcany czytelnik (zgodnie ze swoją przewrotną naturą) - paradoksalnie - poczuł się, zaraz po przeczytaniu moich wynurzeń, zniechęcony nadmiarem pozytywów wynikających z lektury.

23.02.2012

Spotkanie geniuszy

Liv Ullmann, w książce autorstwa Ketila Bjørnstada ("Liv Ullmann. Linie życia) opowiada historię spotkania dwóch geniuszy kina: Ingmara Bergmana i Woody'ego Allena. Ingmar Bergman znany był ze swojej samotniczej, mizantropijnej natury, nie znosił spotkań towarzyskich, wręcz miewał napady paniki w obecności obcych osób. Każde wydarzenie, które nie mieściło się w jego dziennym planie mocno wytrącało go z równowagi. Woody Allen z kolei znany ze swojej skrajnej nieśmiałości, również nie należał do lwów salonowych, którzy dbają o stałe podtrzymywanie gładkich konwersacji. W czasach, gdy przyjaźnił się z Liv, podczas gdy mieszkała w Nowym Jorku, często wychodzili razem do restauracji. Wybierali stolik zawsze w rogu pomieszczenia, a Allen siadał tyłem do wszystkich gości. Bardzo mu zależało na tym, żeby poznać Bergmana, uważał go za niedościgłego mistrza. Podziwiał go. Zresztą, żeby było po równo, Bergman miał podobne zdanie o Allenie.
Liv po rozstaniu z Bergmanem nadal utrzymywała przyjacielskie relacje ze swoim byłym mężem, dlatego zadzwoniła do Ingmara z pytaniem, czy nie zechciałby podczas swojej wizyty w NY spotkać się z Allenem, który marzyłby o tym, żeby go poznać osobiście. Bergman zgodził się, a Liv tak o tym opowiada:
Po spektaklu Domu lalki, na który przyjechał Bergman "Woody czekał na mnie przed teatrem, razem ze swoim kierowcą w białych rękawiczkach. Znowu siadam na tylnym siedzeniu. Nie pada ani jedno słowo. Woody Allen jest tak bardzo zdenerwowany, że aż trzęsą mu się ręce. Wchodzimy do Pierre'a i jedziemy windą do góry. I nadal nie zamieniamy ze sobą ani jednego słowa. Pukam. Drzwi się otwierają i staje w nich Ingmar. Ingmar patrzy na Woody'ego. Woody patrzy na Ingmara. Bez słowa. Spotkanie dwóch geniuszy. Nagle Ingmar mówi jedno jedyne zdanie tamtego wieczoru: "Witam". Woody Allen kiwa jedynie głową. Wchodzimy do środka i siadamy przy stole. Obiad podają kelnerzy. Geniusze na siebie spoglądają, potem jeszcze raz i jeszcze raz, przez chwilę jedzą i znów posyłają sobie spojrzenia. A ponieważ oni nic do siebie nie mówią, Ingrid [żona Bergmana] i ja musimy prowadzić rozmowę, chociaż nie za bardzo jest o czym. Zaczynamy mówić o jedzeniu. O szwedzkich klopsikach mięsnych. (...) Geniusze spoglądają na siebie i lekko się uśmiechają. Babskie gadanie. Czuję, że uprzejmość nakazuje ciągnąć z Ingrid tę rozmowę o szwedzkich klopsikach (...). Geniusze posyłają sobie kilka nowych spojrzeń i uśmiechów. W ten sposób minął nam obiad, deser i cała reszta. Ingmar spogląda na zegarek. Woody także. Allen należy do tych osób, które wcześnie chodzą spać. Wstajemy. Podajemy sobie dłonie na pożegnanie. (...) podczas całego spotkania mężczyźni nie zamienili ani jednego słowa. Wychodzimy. Woody i ja. Opuszczamy apartament, potem windą w dół, do szofera, który czeka na nas przy limuzynie. Woody odwozi mnie do domu. Bez słowa. Dopiero, gdy wysiadam, mówi: 'Och, Liv! Dziękuję. To było niezwykłe przeżycie! Wchodzę do mojego mieszkania, gdy dzwoni telefon. To Ingmar. "Liv. Muszę ci podziękować! To naprawdę ogromne przeżycie!"

Kto powiedział, że udane spotkanie odnosi się do ilości, czy jakości wypowiedzianych słów. Milczące porozumienie jest zdaje się najwyższą formą porozumienia.